Wiesław Zieliński Felieton z cyklu: „sprawy najbliższe”.

Byłem grabarzem piłki nożnej w Resovii !

Resovia ma szczęście do społecznych działaczy. Nigdy nie uciekali z tonącego pokładu. Na takiej zasadzie, bodajże w 1990 roku, dostałem propozycję z gatunku „nie do odrzucenia”. Zaproponowano, abym zastąpił Tadka Bajdę na stanowisku szefa piłkarskiej „Sovii”, ponieważ poważnie zaangażował się w dyrektorowanie Zespołowi Szkół Nr 2, dawnej „Budowlanki”. Składającym „ofertę” był Symbol (tak, przez duże S!) biało-czerwonych „pasiaków”, Pan WŁADYSŁAW STARZAK.

O tym okresie mojej działalności, wyrażającej się pełnieniem funkcji prezesa sekcji piłkarskiej i wiceprezesa CWKS Resovia, co trwało bodajże do roku 1994, nie wiele wesołego mogę powiedzieć. Po ostatnim poważnym finansowo transferze Pawła Roga do Stomilu Olsztyn i spłaceniu za ten transfer WSZYSTKICH długów w stosunku do zawodników i trenerów, pożegnałem na własną prośbę czysto społeczną działalność w ukochanym klubie! Moim następcą został nie żyjący Jan Stypuła. Mimo uregulowania długów drużynę opuszczali zawodnicy, a mnie za przeznaczenie pieniędzy tylko na potrzeby sekcji, wytoczono postępowanie przed Komisją Rewizyjną! Zarzut był taki, że wzorem lat ubiegłych, jak w przypadku transferów zawodników Mariusza Błażeja i Janusza Huberta Kopcia (z czym nie miałem nic wspólnego!), nie przeznaczyłem obecnie na potrzeby klubu uzyskanych należności za „sprzedaż” Pawła Roga. Nie zdradziłem nawet znanej tylko działaczom sekcji kwoty uzyskanej z tego tytułu. Wiedziałem, że jak to uczynię, piłkarze znowu mogą zostać na lodzie, czyli bez wypłat! Przewodniczącym Komisji był zacnej pamięci Franciszek Porada. W rozmowie powiedział, że wie o co chodzi, bo ojciec Pawła, mój kolega z treningów w juniorach Resovii, oświadczył, iż nawet nie dotykałem pieniędzy przywiezionych w gotówce przez biznesmena z Olsztyna. Staszek Róg wyjaśnił, że liczył je z trenerem Józkiem Piechą i kierownikiem sekcji, Jurkiem Bogdanowiczem. Po zakończeniu finansowej operacji każda z przekazanych złotówek znalazła się w sejfie (za obrazem!), w pokoju głównego księgowego. Pytano mnie ze współczuciem: Co ty jeszcze robisz w tym klubie? Jeszcze więcej nie dowierzano, że mogłem nadal kochać Resovię, gdy przed meczem siatkarzy wywleczono mnie za kark z hali ROSiR, jako dziennikarza sportowego Porządkowi uczynili ze mną Porządek, bo raczyłem napisać w „Gazecie”, iż w ewidentny sposób zlekceważyli rywala z Ozorkowa, powodując tym samym sporo domysłów i zdenerwowanie wiernych kibiców. Pytano też ironicznie, czy w takiej sytuacji nadal pozostanę tak bezgranicznie oddany klubowi o biało-czerwonych barwach? Odpowiedziałem, że Resovia to nie tylko ówcześni trenerzy i działacze sekcji siatkarskiej. Ten klub to nie tylko moje oddanie dla niego, lecz historyczna własność całego Rzeszowa i kolejnych pokoleń jego mieszkańców! Mam się więc obrażać i zdradzić Resovię ?! To ja mogłem się czuć zdradzony, gdy piłkarze po otrzymaniu wszystkich należności, których nie widzieli od lat, przegrali z ostatnim w tabeli Bugiem w Wyszkowie, 0:4! Przed tym meczem kapitan zespołu (nazwiska nie wymienię, bo to sympatyczny i dziś dojrzały człowiek) zapewniał mnie, że jak im wypłacę należne długi, to oni (piłkarze) będą ziemię gryźć, aby utrzymać się w II lidze! Nie tylko nie gryźli, ale po decydującej o spadku porażce w Brzesku z miejscowym Okocimskim, trener drużyny (nie był to już na pewno Józek Piecha), kazał kierowcy autokaru podkręcić muzyczne nagranie, z którego padały śpiewne zapytania w rodzaju: „Czy pani kocha Ruskiego”? Wyszło, że Pani kocha jednak Polaka, a ja na pewno Resovię!

Za swój sukces uważam to, że posłuchałem wówczas 10 letniego syna Piotrka, który grał w trampkarzach i juniorach „pasiaków” z Bartkiem Madeją, czy z Piotrkiem Krawczykiem. Poprosił wówczas: - Tato, nie płacz, bo oni się będą z Ciebie śmiali! Nie rozpłakałem się przynajmniej w autobusie, chociaż jako prezes sekcji zostałem grabarzem II ligowej Resovii! W następnym felietonie powiem o tych piłkarzach, którzy gryźli trawę!