Gdy nie ma sianka – nie ma piłkarskiego śniadanka

Na redakcyjnej operatywce w Gazecie w Rzeszowie (dodatek do „Gazety Wyborczej”), zostałem zapytany dlaczego umknął mojej redakcyjnej czujności fakt, iż Michał Pol w tzw. warszawskiej Gazecie „Matce” zamieścił obszerny artykuł o działaczach Pogoni Leżajsk. Moje przewienienie miało polegać na tym, że nie napisałem takiego tekstu na naszych regionalnych stronach. Zdarza się często, a nawet zbyt często, że zbyt impulsywnie reaguję na słowa nieprawdy.

Tym razem zareagowałem jednak spokojnie, a nawet zbyt spokojnie, prawie z przysłowiową angielską flegmą. Nie uważam jednak, aby Anglicy byli tacy flegmatyczni, jak o nich ogólnie mówią. Ucząc się od kilku lat ich języka z zaparciem prawdziwego Komsomolca ze wschodnie kraju, mogę pochwalić się z dumą, że opanowałem perfekt przynajmniej dwa słowa. Kiedy ojciec moich wnuczek, a zarazem kibic Arsenalu Londyn – Paul Moody – chciał uspokoić rozrabiającą starszą z nich, a moją pierwszą wnuczkę, zwracał się do niej z nienaganną angielszczyzną: Mathylda, Stop!!!

Nie powinno więc dziwić, że te wyrazy opanowałem w wymowie prawie perfekcyjnie! Z innymi idzie mi trochę gorzej, ale po latach pobytu w Huntingdon - rodzinnym mieście narodowego bohatera tego kraju, Olivera Cromwella, wiem co oznaczają takie słowa, jak: Sorry, Tthank You, czy nawet potrafię zaśpiewać na przemian Happy Birdhay! oraz nasze Sto lat! Na szczęście moje pół angielskie wnuczki Matildka i Tiffany, są w tym znacznie lepsze od dziadka nieuka, bo mówią w obu językach i często są moimi tłumaczami na placu zabaw i przy innych okazjach. Matildka podobnie jak jej polski dziadziu zdradza nawet artystyczne cechy i raz dała wykład angielskiej rodzinie swojego Daddy (tato, a nie dziadek, bo to drugie brzmi Granddad!), dodając ze śmiałym uśmiechem do angielskiego słowa Sorry – Porobiłam się w pory!

Innych „spolszczonych” przez nią wyrazów nie zdradzę, bo jest coraz starsza i coraz mniej podśmiewuje sobie z języka, który jest jej ojczystym, bo ma angielskie obywatelstwo. Wracając do tematu, czyli do klubu z naszego regionu, zreferuję sprawę do końca! Zaczepiony o to, że zaniedbałem się w podaniu smakowitego kąska informacyjnego rodem z Leżajska, podszedłem do zszywek. Sięgając na jej sportowe strony do numerów sprzed kilku tygodni, udowodniłem, iż napisałem notatkę, ale nikt w redakcji nie zwrócił na nią uwagi. Był w niej może mniej kwiecisty, ale konkretny opis o tym, co z polotem opisał obecny redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego” - Michał Pol. Chodziło o to, że aby ratować upadający finansowo i organizacyjnie klub z Leżajska, jego działacze za ostatnie pieniądze zagrali w obecnego „Lotka”.

Jak opisywał dziennikarz z Warszawki, pan Pol, w tym widzieli jedyną szansę nie tylko na przełużenie piłkarskich ambicji, ale w ogóle uratowania istnienia Pogonii, która w początkach działalności nazywała się „Sparta”. Też próbuję coś wygrać w Lotka, ale z takim samym sukcesem, jak czynili to działacze z jakże sympatycznego Leżajska. Wszystko więc wskazuje na to, że poza kilkoma napisanymi książkami, które rozchodzą się w mniej więcej w taki sam sposób, jak bilety na mecze Resovii, czy Stali z Hetmańskiej, nie będę miał sianka dla moich ulubieńców. Ale, jak mi kiedyś tłumaczył wychowanek biało-czerwonych „paisaków” Tadeusz Hogendorff, a później piłkarz i trener Stali, pieniądze to nie wszystko! Biało-czerwoni z Wyspiańskiego wygrali co prawda wysoko z Unią Tarnów, ale był to pojedynek kontrolny.

Stal dopiero w karnych wygrała 7-6, w Pucharze Polski! To fakt, że liczy się ambicja i wola walki, ale lepiej mieć sianko, jak go nie mieć. Wówczas koniki lepiej czują trawę, a jak oni nie spełnią nadziei Ratusza, to kupi się dodatkowo jeszcze kilku innych i można wówczas awansować, gdzie się chce! Bo bez sianka, nie ma śniadanka, a bez Floty (czyli też bez sianka), nie dopłyniesz nawet do Wisłoka, do którego znacznie bliżej, jak do Świnoujścia...

Wiesław Zieliński