Polskie drużyny na aucie Europy

Mam nadzieję, że występy polskich drużyn piłkarskich na arenie europejskiej mieli okazję oglądać trenerzy i piłkarze Resovii? Jeżeli nie, to powinno koniecznie śledzić powtórki z meczów Legii, Lecha i Arki. Przegrać zawsze można, bo piłka nożna jest sportem, w którym niczego nie otrzymuje się za darmo i wszystko zdarzyć się może.

Ale w tej dyscyplinie bezmyślność karana jest w sposób szczególnie dotkliwy! Przekonali się o tym kibice z Warszawy, Poznania i Gdynii. Mam więc nadzieję, że dotkliwa lekcja udzielona naszym przedstawicielom w tych rozgrywkach zostanie pozytywnie wykorzystana w ramach szkoleniowych materiałów. Najmniej mam pretensji do drużyny Arki, która nie tylko ograła Lecha w finale Pucharu Polski, ale zdołała uratować się od degradacji z ekstraklasy. Nie mały wpływ na to miał wychowanek Resovii – bramkarz Grzesiu Opaliński - następnie kilkakrotny trener Stali Rzeszów, ostatnio drugi trener Arki. Lecz także w przypadku żółto-niebieskich, bramka decydująca o porażce padła po fatalnym podaniu obrońcy do napastnika zespołu duńskiego. Wyciagając wnioski z jakże licznych pomyłek naszych drużyn uważam, iż w przygotowaniach do sezonu zabrakło piłkarzom ze stolicy kraju, centrum Wielkopolski i Wybrzeża, planowania wizyt u... okulisty! Między kolorami żółtym (Arka), niebieskim (Lech) i czerwonym (ich holenderscy i duńscy rywale) jest zasadnica różnica! Może polscy piłkarze są w większości daltonistami? Tym tłumaczę liczne podania do przeciwników w sytuacji wołającej o pomstę do nieba, bo skutkującej zagrożeniem utraty goli. Druga „nowinka” stosowana w tych pojedynkach, to uporczywe granie do tył, zamiast do przodu.

Zapewne nie chodziło w tym przypadku o wciągnięcie przeciwnika na własną połowę, bo brakowało szybkich ataków, przenoszących akcje pod bramkę rywali. Stosowano też krótkie podania, ale dzisiaj wiemy, że granie dawniej nazywane „w dziada”, przestało być skuteczne. Hiszpania na ostatnich Mistrzostwach Świata w Brazylii przegrała wysoko z Holendrami i pożegnała się z marzeniami o kolejnym tytule. Także Barcelona nie zdobyła tytułu Ligi Klubowych Mistrzów Europy, a Bayern Monachium, któremu ten styl gry zaszczepił Pep Guardiola, gra coraz słabiej. Niestety. takie bezproduktywne granie na 3-4 metrach zauważyć można także u naszej kochanej Resovii. Po wojnie nazywano to „wiedeńską piłką”, albo „krakowską kiwką”. Było i jest to ładne dla oka, ale bezproduktywne. Owszem, gra do tył czasami jest konieczna, podobnie jak podanie do własnego bramkarza, ale najczęściej świadczy to o braku pomysłu na dobry i skuteczy atak. Po tych narzekaniach i ostrzeżeniach zawodników mojej Sovii, mam sporo dobrego do powiedzenia o kibicach naszych polskich drużyn, które towarzyszyły swoim ulubieńcom także w Kazachstanie, Holandii i Danii. Legia Warszawa, chociażby za ich postawę ukazania prawdy o zachowaniach Niemców podczas Powstania Warszawskiego, powinna awansować! Sympatycy Lecha Poznań do ostatniej chwili wierzyli w awans, podobnie jak ci, którzy licznie przybyli za Arką do Danii. Są tak samo dobrzy, jak kibice biało-czerwonych „pasiaków”. Biją ich tylko liczebnością. Przejmujący wręcz spektakl z banerami na stadionie Legii wywołał różne komentarze. Przy okazji chciałbym wyjaśnić dlaczego jestem za tym, aby przypominać także na meczach piłkarskich swoją miłość do historycznej Prawdy, do reprezentacji i polskich klubów, gdy walczą z rywalami spoza naszych granic. Jestem Polakiem i Resoviakiem, więc wszystko co polskie – niech to zabrzmi niewiadomo jak patetycznie – nie jest mi obce!

Natomiast domagam się wzajemnego szacunku kibiców podczas rozgrywek krajowych. Jeżeli tego zabraknie, to będziemy jako naród także osamotnieni sportowo. Tego pragną nasi wrogowie. Wierzę, że trenerzy Szymon Grabowski i Rafał Rajzer oraz zawodnicy Resovii wyciągną wnioski z co tu, kryć, fatalnej postawy naszych europejskich przedstawicieli. Gra w eliminacjach Ligi Europejskiej Legii, to chyba nie to, o co chodziło? Przegrać można, ale nie za często i nie w wyniku własnej piłkarskiej ułomności. Do zobaczenia w sobotę 12 sierpnia przy ulicy Wyspiańskiego 22, na meczu z Podlasiem Biała Podlaska.

Wiesław Zieliński