Zbrojenie na potęgę, czyli Murzyn zrobił swoje...

Czas rozgrywania piłkarskich sparringów wchodzi w najgorętszy okres. Każdy gra z każdym, dobierając się pod względem klasy rozgrywkowej, czy też zwykłej sympatii pomiędzy klubami, lub mając na uwadze takich rywali z którymi można „przećwiczyć” potrzebne warianty taktyczne. W ślad za drużynami podążają media: gazety, amatorskie portale i radiowe rozgłośnie, które nazywam środkami masowego rażenia.

Są to chłopcy, (czasami bywają wśród nich dziewczynki), którzy skrzyknęli się po to, aby nazywać siebie dziennikarzami. Rywalizują w podawaniu informacji o zgoła „bombowych” tytułach i znaczeniu. Czytam, że jeden z piłkarskich zespołów jest w wyprzedaży, inny nie miał szans, a jeszcze inny rozbił rywala. Dziwnie się składa, że poza podaniem wyniku, najmniej w tym wszystkim mamy obiektywizmu i rzetelnej informacji. Wiele zależy od tego komu sprzyja, czy też za kim kibicuje medialny zespół, lub inaczej mówiąc dziennikarska trupa. Uwaga: słowo trupa nie pochodzi od nieboszczyka, lecz jest określeniem zaczerpniętym od dawnych grup wędrownych śpiewaków, czy też aktorów, których w odróżnieniu od tych pierwszych nazywano komediantami. Gorzej, że niektórzy kibice zapominają, że mecze wcześniej nazywane kontrolnymi służą przekonaniu się trenerów, co do wartości poszczególnych zawodników. O ile mamy do czynienia z tymi, którzy pozostali w drużynach, podawane są ich nazwiska. W stosunku do tych, którzy są „nowymi”, panuje zgoda we wszystkich mediach (nawet tych profesjonalnych), że określa się ich jako „testowanych”.

Kibice, którzy uczęszczają w takich sprawdzianach wiedzą o kogo chodzi, lub sami dowiadują się ich nazwisk ze źródeł „dobrze poinformowanych”. Ale na zapytania tych, którzy nie czują potrzeby obserwowania wszystkich przedsezonowych meczy, tzw. media tłumaczą, że trenerzy zastrzegają sobie nie podawanie do publicznej wiadomości nazwisk zawodników. Można to uczynić wówczas, gdy klub zawrze z nimi umowę. Tłumaczenia są zgoła prawdziwe, ale w przypadku dziennikarza postępują oni w stosunku do swoich Czytelników w sposób, w jaki konia nie obchodzi, że wóz się wywrócił...Dziennikarz jest po to, aby wszelkimi sposobami dociekał prawdy i przekazywał ją w czasie, gdy ona zaistnieje. Nie powinno go obchodzić, czy inny klub „podbierze” trenującego w nowej drużynie, czy też nie uzyska zgody od swojego pracodawcy na przejście do niego. Wiem, że narażę się wielu trenerom, ale proponuję przerwać „modę na udawanie”, że się nic nie wie wówczas, gdy wie się wszystko! Zawodnik przychodząc do nowego klubu powinien być zdecydowany na grę w nim, bo nawet namawiany przez działaczy czy trenerów, powinien wiedzieć czego chce. Co za pożytek będzie z takiego grajka, który chęć zasilenia nowej drużyny obwaruje tajemnicą ukrywania tego w mediach? Powinien przemyśleć swoją decyzję, co w niczym nie przeszkadza, aby w odpowiednim czasie móc się z niej wycofać. Wiemy, że „z niewolnika nie ma dobrego pracownika”. Ale unikniemy sytuacji, że kilku zawodników podawanych jest jako „prawdopodobnych” do zasilenia tych samych zespołów. Lepiej nie podawać takich informacji, bo świadczą one o lekceważeniu kibiców i swoich odbiorców. Może to mój defekt, że zostałem wychowany w innej epoce informacyjnej?

Być może, ale nauczono mnie, że Czytelnik jest najważniejszy i jemu należy poświęcić dziennikarską pracę. Kibicom radzę nie przejmować się wynikami kontrolnych meczów, bo one są potrzebne dla dobrze myślących trenerów i działaczy. Mam nadzieję, że piłkarze oglądają skoki narciarskie? Kto z nas przypuszczał, że Puchar Świata w Zakopanem zakończy się nieoczekiwanie dla Kamila Stocha. Nic się złego nie stało, bo Kamil to jest Kamil, podobnie jak wcześniej Małysz. Ale ta sytuacja powinna nauczyć pokory sportowców wielu innych dyscyplin. Powinna być nauką dla działaczy piłkarskich, którzy zbrojąc na potęgę swoje drużyny, „dziękują” dotychczasowym zawodnikom na zasadzie „Murzyn zrobił swoje”. Mogą być wypożyczenia, bo kto wie, czy nie przyjdzie konieczność powrotu tych zawodników?

 

Wiesław Zieliński